West Broadway w mojej dzielnicy Soho. W tym samym czasie jakaś ekipa telewizyjna z Niemiec zaproponowała mi sfinansowanie tej podróży jako części dokumentu, który szykowali w związku z ukazywaniem się pierwszego tomu po niemiecku. Więc złożyłem podanie o wizę - to musiało być gdzieś w 1987 roku - i zadzwonili do mnie z polskiej ambasady w Waszyngtonie, z prośbą, żebym wpadł do konsultatu w Nowym Jorku, bo chcieliby przysłać kogoś z Waszyngtonu, żeby ze mną porozmawiał. Przyszedł umówiony dzień, poszedłem na tę rozmowę i facet był bardzo miły. Zaznaczył, że wizę dostanę, ale chciał też wiedzieć, bardzo go to niepokoiło - czemu przedstawiłem Polaków jako świnie? Najpierw odpowiedziałem niezbyt serio: "Próbowałem przedstawić ich w postaci szlachetnych jeleni, ale za dużo było roboty z rogami". Ale potem zacząłem mu tłumaczyć, że w amerykańskiej tradycji komiksowej świnie nie wywołują żadnych negatynwych skojarzeń: na przykład Świnka Porky jest równie sympatyczną i lubianą postacią co Myszka Miki. Chociaż nie przeczę, że z punktu widzenia moich rodziców najważniejszą cechą świń była ich niekoszerność. Ale poza tym, jeśli chodzi o narracyjną konwencję mojego tekstu, główną cechą świń jest to, że nie przynależą one do metaforycznego łańcucha pokarmowego, który dominuje w książce. Koty jedzą myszy - ale nie świnie. Z punktu widzenia myszy, świnie są stosunkowo nieszkodliwe. Facet z ambasady uprzejmie kiwał głową, ale wyraźnie nie przyjmował moich wyjaśnień. W końcu powiedział poważnie: "Panie Spiegelman, pan chyba nie zdaje sobie sprawy, że w Polsce nazwanie kogoś świnią uchodzi za dużo większą obelgę niż w Ameryce. Widzi pan, świniami nazywali Polaków hitlerowcy". "Ano właśnie! - ja na to. - Nas nazywali robactwem. O to właśnie chodzi". Rozumiesz, to nie ja wymyśliłem tę przenośnię, tylko hitlerowcy; ja tylko chciałem je wypróbować, potraktować serio, pogmatwać i zdekonstruować. Muszę powiedzieć, że czekam, aż jakiś Polak obrazi się na mnie za to, że przedstawiłem Żydów jako myszy. To znaczy tak naprawdę nie oczekuję, ale byłoby to przyjemne. Ale rzeczywiście to ciekawe, kiedy spojrzeć na te metafory w kontekście całej tej rywalizacji w cierpieniu, która wydaje się dziś kształtować stosunki polsko-żydowskie. Bo jeśli wyobrazić sobie Tysiącletnią Rzeszę w postaci, by użyć cudzej metafory, folwarku zwierzęcego, to Żydzi jako gryzonie są szkodnikami, które należy zniszczyć i wytępić w pierwszej kolejności. Natomiast Polaków jako świnie, podobnie jak wszystkich Słowian wedle koncepcji hitlerowskich, oczywiście nie czekał przyjemny los, ale nie mieli też być równo wyniszczeni: mieli być wykorzystani jako źródło mięsa. Ani jedno, ani drugie położenie nie jest godne pozazdroszczenia, ale istnieje tu pewna różnica, którą warto odnotować. - A poza tym - ciągnął Spiegelman - najważniejsze jest, żeby ludzie widzieli co się kryje pod tą wstępną metaforą. Z punktu widzenia samej opowieści, czyli tego, co przydarzyło się moim rodzicom, były świnie, które zachowywały się przyzwoicie, były takie, co postępowały podle i tak samo było z myszami. Na przykład - tu wziął do ręki wydanie amerykańskie i odszukał odpowiednią stronę (była to strona 136 w ostatnim rozdziale pierwszego tomu) - sam zobacz: na tej jednej stronie masz całą rozmaitość zachowań. Moi rodzice błąkają się w desperacji po ulicach Sosnowca, szukają noclegu i sami mają na twarzach świńskie maski. Najpierw pukają do drzwi tej kobiety-świni, która pracowała u nich jako niania mojego brata - a ona zatrzaskuje im drzwi przed nosem. Następnie trafiają do domu mężczyzny-świni, który kiedyś pracował jako dozorca w domu ojca mojej matki - on daje im nocleg w stajni, narażając się na wielkie niebezpieczeństwo. Oboje mają świńskie twarze, ale jedno z nich postępuje wielkodusznie, a drugie, mówiąc łagodnie, dba jedynie o własny interes. I właśnie tacy naprawdę są. Przerwał, by znowu zaciągnąć się papierosem. - Zresztą - ciągnął po chwili - jeśli się temu przyjrzeć, to ze wszystkich moich postaci, najbardziej człekokształtne twarze - oczy, uszy i nosy na właściwych miejscach - mają właśnie koty! Mam nadzieję, że nikt nie wyobraża sobie, że próbuję z tego wyciągnąć jakiś morał na temat wyższego, że tak powiem, człowieczeństwa Niemców! Tak dosłowne myślenie może prowadzić do absurdu. - Jeśli cokolwiek jest tematem Maus - konkluduje Spiegelman - to jest to krytyka ograniczeń, czasem wręcz śmiertelnych ograniczeń, jakie niesie w sobie karykatura. Zrobiłem wszystko, żeby nikogo w tej książce nie skarykaturować, a jeśli ktoś chce z moich wysiłków zrobić karykaturę w jakimś innym świetle - przykro mi, ale to już jego problem, nie mój.