mistrzowscy styliści rysunkowej precyzji. Starali się łączyć De Stijl i Art Deco ze stylem klasycznych belgijskich komiksów dla dzieci takich jak TINTIN , i uzyskiwali mocną, subtelną i bardzo nowoczesną grafikę. Na drugim końcu owego stylistycznego spektrum odkryliśmy dziką, ikonoklastyczną, inspirowaną filmami rysunkowymi sztukę, gangsterską Kiki Picasso, Bruno Richarda, i Pascala Doury'ego. Wiele wspaniałych rzeczy zaczęło się dziać. Dlaczego nic z tego nie było dostępne w Stanach? Po powrocie do Nowego Jorku, kiedy ktoś nas odwiedzał, zaczynaliśmy wyjmować książki, postery i magazyny, które przywieźliśmy z naszej podróży do Europy. "spójrz na to, i na to, i na to...". Zostawialiśmy każdego z wywalonymi na wierzch oczami i połkniętymi językami. Potem spędzaliśmy godziny na układaniu wszystkiego z powrotem na swoim miejscu na półkach tylko po to żeby znowu to rozłożyć gdy zjawi się u nas kolejna para oczu. Był to bardzo męczący i nieudolny sposób popularyzowania czyjejś pracy. W tym okresie Francoise zainteresowała się wydawaniem, i zdecydowała nauczyć się wszystkiego od podstaw. Kupiła małą, używaną maszynę drukarską i sprowadziła ją na swoje poddasze. Zaliczyła też kurs przygotowujący do pracy zawodowej w Bed-Stuy gdzie nauczyła się technik drukarskich i produkcji. Rozwinęła swoje zdolności planowania i projektowania. Zaczęła wydawać kartki i ulotki stworzone przez naszych europejskich i amerykańskich przyjaciół - rysowników, i z konieczności musiała nauczyć się o dystrybucji oraz innych szczegółach związanych z businesem wydawniczym. W międzyczasie, w przerwach między rozmaitymi, dorywczymi pracami zacząłem pracować nad nowelą rysunkową MAUS , i nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zaczynam się stopniowo i niebezpiecznie zbliżać do czegoś o czym sobie dawno powiedziałem, że już nigdy więcej nie zrobię - stworzenia magazynu komiksowego. Tak więc to był Nowy Rok 1980. Byliśmy na przyjęciu i trochę się wstawiliśmy. Po raz tysięczny zaczeliśmy rozprawiać o tym, że powinien się pojawić magazyn, który drukowałby interesujące nas prace, i w jakiś dziwny sposób, przed upływem wieczoru rozmawialiśmy już o tym jak mielibyśmy wydać taką gazetę. Tylko raz. Jako próbę - rodzaj prototypu. Żeby pokazać co inni ludzie zwykli robić. Poza tym mieliśmy trochę odłożonych pieniędzy z jednego z bardziej lukratywnych projektów wydawniczych Francoise - corocznych wznowień mapy SOHO i okolic. Czemu nie? Tylko raz. W tym czasie kilka magazynów ukazywało się regularnie w naszych lokalnych księgarniach: specjalnie odłożone, były poświęcone muzyce punkowej i nowofalowej, modzie, architekturze, sztuce, stylom życia itp. Ponieważ wszystkie były dużego formatu, znajdowały się na specjalnie wydzielonych dla nich półkach nawet jesli jedyną rzeczą, która miały ze sobą wspólnego oprócz wymiarów była aura nowofalowej chandry i co smutne, brak mocnej, interesującej zawartości. Jedną z przyczyn wyłożenia się ARCADE jako magazynu sprzedawanego w kioskach był fakt, że sprzedający po prostu nie wiedzieli na którą półkę wsadzić taką anomalię. Decydując się na drukowanie RAW w dużym formacie mogliśmy być spokojnie wystawieni obok zinów nowofalowych i mieć właściwe wymiary do prezentowania naszych prac. Może ktoś zauważy, że RAW to mocna rzecz zanim będzie zbyt późno. Ze względnie małą ilością pomyłek znaleźliśmy prace o które nam chodziło. Miały one być miejskie, osobiste, ostre jak brzytwa. Każdy artysta musiał posiadać własny indywidualny głos stylistyczny. Oczywiście wykorzystaliśmy prace europejskich twórców o których wiedzieliśmy, jak i staranne pieczołowicie są przygotowane strony naszych przyjaciół z komiksowego undergroundu - głównie Marka Beyera którego podskórnie przerażające koszmary po raz pierwszy opublikowałem jeszcze w ARCADE. Wiedzieliśmy o istnieniu innych amerykańskich artystów, których wydanie w RAW było dla nas czymś oczywistym (szczególnie od momentu gdy okazało się czymś oczywistym iż nie mogą być opublikowani gdzie indziej) takich jak: Kaz, Drew Friedman i Mark Newgarden - których spotkałem w trakcie moich wykładów w School of Visual Arts, czy Jerry Moriarty. Jerry Moriarty. Moriarty, który raczej rysował "do szuflady" był autorem serii historyjek w których łączył głęboką stałość i wartości malarskie Edwarda Hoppera ze zjadliwą, głęboką krytyką ludzkiej głupoty inspirowaną NANCY Erniego Bushmillera. Naszym zadaniem jako redaktorów było takie pokierowanie tą różnorodnością ludzkich głosów by magazyn tworzył jakąś sensowną, zwartą całość. Szczęśliwie dla nas wszyscy nasi artyści byli zainteresowani w graficznych możliwościach jakie daje praca w czerni i bieli. Nie mogliśmy sobie pozwolić na druk kolorowy ale i tak pierwszy numer zawierał w sobie małą ulotkę TWO FISTED PAINTERS, której jednym z tematów były możliwości jakie stwarzała mechaniczna kolorowa reprodukcja, i kolorową wkładkę której celem było podkreślenie zgiełkliwości okładki. Wszystkie te kartki były wklejane ręcznie we wszystkich pięciu tysiącach egzemplarzy. A ręce te należały do czołowych nowojorskich artystów, których zdecydowaliśmy się opublikować i jak największej ilości naszych przyjaciół których udało nam się zebrać w naszym małym pomieszczeniu. Musiało być coś poetyckiego w fakcie iż każdy poszczególny egzemplarz produkowanego masowo magazynu był ręcznie sklejany, w jakiś sposób stając się czymś unikalnym i niespotykanym. W ten sposób rozpoczeliśmy serię fantastycznych wkładek, które szybko stały się tradycją i znakiem rozpoznawczym RAW. W RAW #2 przekroczyliśmy granice masochizmu, produkując karty do gum do żucia pt. CITY OF